sztuka kuchenna




bakłażanowa Wenus z Willendorfu.





sztuka konceptualna w wykonaniu Zazie gotującej na wolnym ogniu kolby kukurydzy.









zazie.com.pl 2010-08-14 skomentuj (5) 

... dwa dni i pies będzie jak nowy!


rację miał nasz Doktor Dolittle, który przekonywał mnie, że wbrew temu, co wyczytałam w internecie
na temat mozolnej rehabilitacji, przemywania jodyną, podawania soli trzeźwiących, terapii biomagnetycznej i hipnozy -
mój Mopsi Pierożek dojdzie do siebie po upływie doby, a ja sama zapomnę, że w ogóle była jakaś operacja...



15 godzin po operacji Gruba Myszka Mamusi snuła się smutna jeszcze z kąta w kąt, nie mogąc znaleźć sobie miejsca...






36 godzin po operacji odzyskałam mojego Rozbójnika - tutaj właśnie niechętnie wyłazi spod stołu, gdzie próbowała zeżreć klapek






jest bardzo niezadowolona, że się czepiam. mówi, że jest pod ochroną, bo cośtam... operację miała. i w ogóle.
po czym gna na złamanie karku za piłeczką, wskakuje na kanapę, zeskakuje, robi salto w powietrzu i kopie mnie w nos z półobrotu.
jaką operację...??!! ;)








zazie.com.pl 2010-08-13 skomentuj (5) 

jak Kumoka pokroili, naprawili i mamusi zwrócili...




o czekającej Kumoka operacji wiedziałyśmy od dawna - nasze Maue Biaue Boa jako typowy mops miało problemy z oddychaniem.
zbyt długie podniebienie miękkie sprawiało, że Glon się zapowietrzał, szybko męczył, a parę razy nawet zemdlał.
takie niedomaganie to prawdziwy problem dla Nindży szybkiej jak strzała, która w jednym momencie chce zbawić świat lub wysadzić go w powietrze,
wystukać kopytkami o podłogę "taniec z szablami" chaczaturiana, żonglować trzema piłeczkami, targać glusia z marlenką i elvisem,
wciągnąć naraz trzy porcje karmy suchej i dwie mokrej oraz zakrętkę od coca-coli, ładowarkę do komórki i kartę pamięci do aparatu,
a następnie zatłuc własną matkę piąstkami, a drugą wdeptać w sofę, by na koniec oszczekać dziko wentylator i dzwonek do drzwi sąsiada.





w takim momencie Nindży po prostu nie wypada się zapowietrzyć, schrumkać i zemdleć.





Bardzo Zajęty Kulfon nie ma także czasu na urojone niby-szczeniaczki, które swym osobliwym niby jestestwem dręczą go od pierwszej cieczki.
co prawda Kumok zdążyła już nawet wybrać imiona dla swoich niby-mopsików (Ciastuszko, Placuszek, Wuzetka, Muffinek i Bajaderka),
ale dosyć szybko znudziła się koniecznością ciągłego spania, leżenia, sapania, znużenia, rozdrażnienia, karmienia
i przewijania swoich  ciasteczkowych potworków. nastąpił konflikt interesów i życiowy dylemat - kim chcę zostać, kiedy dorosnę?
matką dzieciom czy mega nindżą?





oczywiście, że nindżą. wspólnie ustaliłyśmy również, że w przypadku nindży zapowietrzenia i omdlenia są zjawiskiem wysoce uciążliwym,
zaś gromada małych jęczących stułbi potrafi skutecznie utrudnić podbój wszechświata i okolic.

[ps. zapomniałam wam powiedzieć, że na skutek splotu nieprzewidzianych okoliczności
aktualnie nie mam fryzury i przez jakiś czas mieć nie będę ;)]







wstępna decyzja o chirurgicznym dublecie (sterylizacja + korekta mopsiego podniebienia) została podjęta zimą.
od tego czasu wszelkimi możliwymi i czarodziejskimi sposobami usiłowałam powstrzymać bieg wydarzeń.
na mieście mówi się bowiem, że w przypadku krótkodziobych mopsów podanie narkozy jest sprawą wysoce ryzykowną
i może być różnie, ale przeważnie źle. co się naczytałam w internecie, to moje ;P






i chociaż mamy cudownego, wspaniałego i kochanego Doktora Dolittle, super diagnostę, chirurga i specjalistę od problematycznych mopsów w jednym
- któremu bez wahania sama dałabym się zoperować - to jednak myśl o położeniu na stole operacyjnym mojego najsłodszego Glona
przyprawiała mnie od miesięcy o ataki paniki, szczękościsk i migotanie przedsionków.





no więc zwlekałam. jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś. teraz za zimno, potem za ciepło. w końcu wspólnymi siłami ustaliliśmy, że operacja odbędzie się na początku września.
na ten termin wyznaczyłam sobie również koniec świata, trzęsienie ziemi, atak klonów i resztę plag.
i teraz słuchajcie... przyjażdzamy w środę wieczorem na rutynowe czyszczenie mopsich uszu. szast-prast, nie wiem dokładnie jak to się stało,
ale odjechałyśmy z lecznicy umówione na nastepny dzień na... OPERACJĘ!!!

trzeba przyznać, że Doktor Dolittle wziął mnie na sposób - nie zdążyłam nawet umrzeć ze strachu!
co prawda miałam jeszcze chwile, żeby sie naczytać o zakażeniach ran pooperacyjnych, sączącej się ropie i martwicy tkanek,
łyknąć dwie tabletki hydroxiziny, rozegrać z Kluchonem mecz piłki mordo-nożnej  i już trzeba było wieźć Gada na operację!





zdążyłam się jeszcze poryczeć na widok Parufki zaliczającej meeeeega odlot i po godzinie oddali mi ją z powrotem.
przebierała zawzięcie nóżkami, co prawda jeszcze wężykiem-wężykiem, ale bardzo żwawo.
ubrana w gustowne śpioszki, wymiziana przez panów doktorów, wycałowana przez obie matki i ulubioną ciocię
powróciła w chwale - z nieco głupawym jeszcze wyrazem twarzy - jako Niezwyciężony Nindża.





zaraz trzeba było obdzwonic i obesemesować wszystkie ciotki i wujków trzymających kciuki (dziękujemy, kochani!).
tymczasem Kumok dokańczał w skupieniu swoje haluny i psychodeliczne wizje...





mój Mały Wymęczony Tobołek, moja Grubiutka Dżdżownica...





otwiera jedno oko i merda na nasz widok tym swoim zakręconym świńskim ogonkiem. mam ochotę turlać się ze szcześcia...





o, Żabon wstaje... jeszcze mu się łapony rozjeżdżają, ale już już już....






o! stoi i się kiwa. cud natury pachnący kukurydzianym chrupkiem, masełkiem i mleczkiem.





rano nasza Gruba Dziewczynka była jeszcze trochę niewyraźna...





ale po godzinie już popierniczała świńskim truchcikiem i wykonała piękne siusiu na trawkę...





najdzielniejszy mops świata, najszczęsliwsze mamusie i najlepszy doktor pod słońcem.


jeśli ktoś kiedyś - z psem czy kotem - to tylko do niego.
namiary podaję mailem. chyba że mnie coś podkusi, to mu zrobię tu na blogu laurkę.
bo jest the best. nie tylko dla zwierząt :)









zazie.com.pl 2010-08-12 skomentuj (19) 

dzień z życia Kumoka




- No więc to jest tak, że kiedy jesteś małym mopsem, takim naprawdę małym i mięciutkim jak kaczuszka,
to chyba oczywiste, że muszą się o ciebie troszczyć. No więc, żeby tak było, to nie wiem... możesz się na przykład
zacząć strasznie drapać... najlepiej tylną szkitą po oczach... Albo zakrztusić i zapowietrzyć...
Albo smarkać nochalem i wycierać go o kanapę... Albo się wyrzygać na świeżą pościel w łóżku...
Albo rozdrapać sobie paszczę do krwi i iść zaraz do Mamy pokazać zakrwawione po łokcie łapy...






- I wtedy zaraz pakują cię do samochodu i wiozą do weterynarza. Samochód to jest dobre miejsce,
żeby pokazać jak bardzo nieszczęśliwym mopsem jesteś i jak mocno cię krzywdzą. Aby im to unaocznić
musisz zacząć się drzeć... Ale nie jakieś 'hau hau', tylko wiesz... po całości - rozdziawiasz koparę i daaawaaaj!
Pamiętaj, żeby ujadanie przechodziło w żałosne wycie i skakanie po szybach oraz podsufitce.
Koniecznie próbuj zerwać się z psich pasów bezpieczeństwa i skoczyć Matce na kierownicę.
Jadąc przez całe miasto, dawaj głośne znaki wszystkim przechodniom i innym kierowcom,
że "to nie jest twoja mamusia i własnie zostałeś porwany".
Wal łapkami w szyby i wybałuszaj oczy...





- Pamiętaj, żeby z chwilą zaparkowania pod lecznicą zamknąć jazgoczącą buziunię, przeciągnąć się, mlasnąć i z gracją panienki z dobrego domu
wyskoczyć z samochodu, po czym spacerowym krokiem udać się wprost do gabinetu. Wchodząc koniecznie dygnij i usmiechnij się czarująco,
a następnie cierpliwie i bez szemrania daj sobie wyczyścić uszy i fałdkę na mordce, wpuścić krople do oczu i uszu, obciąć pazurki, zajrzeć do gardła,
wyczyścić gruczoł przy pupce i zdezynfekować, zrobić zastrzyk albo nawet dwa. Daj się głaskać, rozdawaj buziaczki panom doktorom
i zadowolona słuchaj, jaka jesteś słodka i kochana. Pamiętaj, że jesli Mamusie będą próbowały robić ci w domu którąś z tych rzeczy,
należy natychmiast wszcząć alarm, rozdziawić koparę na cały regulator, spierniczac w podskokach po całym mieszkaniu,
a jesli zawiodą wszystkie inne sposoby, kręcąc młynka szkitkami, przerysować jedną i drugą Mamusię pazurami po twarzy albo dekolcie...






- Po wyjściu od weterynarza, będąc w szampańskim nastroju, nie daj się zaskoczyć sztuczce pod roboczym tytułem: "a teraz się pogłaszczemy w lateksie".
To nowa metoda dręczenia małych mopsów, pochodząca w prostej linii od techniki sadystycznego wyczesywania liniejącej mopsiej sierści.
A chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że podstawowym zadaniem mopsiej sierści jest unoszenie się gęstymi tumanami po całym mieszkaniu
i szczelne pokrywanie każdego centymetra kwadratowego podłogi, kanap, foteli oraz ubrań wszystkich domowników. Nie można zatem dopuścić,
by pozbawiano mopsa tego cennego materiału służącego znaczeniu terenu. O ile do perfekcji opracowaliśmy neutralizację szczotki do wyczesywania sierści
poprzez zdecydowane chwytanie jej zębami i wyrywanie Matce z ręki, o tyle lateksowe rękawiczki są dla nas zupełnie nowym wyzwaniem...






- Ponieważ głaskanie jest zdecydowanie przyjemne, mmmm.... a mama tak fajnie masuje po brzuszku.... mmmmm...,
to możemy przez chwilę udawać, że mamy to gdzieś i w ogóle zieeeef...






- Jeeeeszcze pooo pleeeckaaaaach.....
Potem znowu pakują cię do samochodu i znowu przez całą drogę musisz sygnalizować, jak bardzo cię skrzywdzono
i zbeszczeszczono cię z każdej strony, i od przodu i od tyłu, i tak sadystycznie, że nawet rękawiczki trzeba było zakładać...
Oczywiście znów mozna spróbować wydostać się przez tylną szybę samochodu, waląc w nią zawzięcie łapkami...







- Po przyjeździe do domu mops jest biedniutki... Tyle wycierpiał...






- Ale wspaniałomyślnie pozwala się głaskać, tulić i całować... Bo mops ma wielkie serduszko...






- I jeeest taaaaki grzeeeecznyyy.... Śpi słodko całe popołudnie i znaczną częśc wieczoru z przerwą na spacer i kolację...






- O pierwszej w nocy, kiedy domownicy zaczynają szykowac się do snu, każdy szanujący się mops powinien otworzyc przynajmniej jedno oko, ziewnąć, mlasnąć i...
łubudu! zeskoczyć z sofy na podłogę. Nastepnie błędnym wzrokiem ogarnąć przestrzeń i zlokalizować swoją dzwoniącą piłeczkę...
Z piłeczką w dziobie należy udać się do Matki: - Geenaa naa!!!







- Po pierwszym podskoku senność mija całkowicie i zaczyna się ostra jazda. Pamietać należy,
że prawdziwy mops nie tylko skacze i chwyta piłeczkę, ale również stepuje, krzesa hołubce,
klaszcze szkitkami i jodłuje z zachwytu... Im głośniej, tym lepiej, jest przecież pierwsza w nocy!







- Wyrywamy piłke i biegniemy przez całe mieszkanie, łomocząc o panele podłogowe ile sił w szkitach
i wywalając się na zakrętach. Możemy też wyskoczyć na metr w górę, a następnie z hukiem wylądować na plecach,
przyprawiając tym samym obie Matki o zawał serca i chwilowy bezdech...







- Kiedy ktokolwiek próbuje przerwać nam zabawę, dostajemy histerii i obłędu...





Niniejszym przepraszamy sąsiadów z drugiego piętra. Ale sami Państwo widzicie...
Demon, nie pies.













zazie.com.pl 2010-08-08 skomentuj (2) Tagi: mops, kumok, mopsy, pug

oberwanie chmury.




trochę popadało z piątku na sobotę. i poodpadało.
na gocławiu oderwała się od ściany duża połać tynku.








zazie.com.pl 2010-08-07 skomentuj (2) Tagi: warszawa, four seasons

lato.




motyle kołują nad głową mopsa skaczącego w wysokiej trawie. wlatują nam do pokoju i obijaja się o szyby.
łapię je delikatnie do plastikowego pojemnika i ostrożnie wypuszczam w świat. jest sierpień. deszcz meteorów nocą. deszcz motyli za dnia.








zazie.com.pl 2010-08-02 skomentuj (0) Tagi: w domu i w zagrodzie, four seasons

Gruba Myszka Mamusi


prawda, że tęskniliście za Małą Białą Kiełbasą - Otyłym Boa Dusicielem - Śmieszną Tłustą Krewetką -
Grubonikiem Tarchomińskim - Kluchonem Zwyczajnym - Mięciutkim Pierożkiem?



oto jest. zawsze gotowa do skoku. przyczajony forfiter, ukryty kiwaczek. 
świat to dla niej zbyt mało. sięga wprost po twoje serce.
wymemła, oślini, obkicha i wyturla pod stołem i po kanapie.




potem podrepcze w kółko, przebierając raźno swoim krótkimi szkitkami i dla niepoznaki potknie się o zeschły liść.
a potem - kiedy najmniej się tego spodziewasz - jednym rączym susem wskoczy ci z parteru na głowę i uwije tam gniazdo,
nadeptując przy okazji na twoją gałkę oczną, tchawicę i pchając ci łapę do ust albo siadając na twarzy.








zazie.com.pl 2010-08-01 skomentuj (6) Tagi: plener, mops, miłość! uwaga! ratunku! pomocy!, kumok, mopsy, pug

gry uliczne vs. gry salonowe


sobotnia pogoda nie zachwyca amatorów odwodnienia i udaru słonecznego - czasem słońce, czasem deszcz
z miażdżącą przewagą deszczu. czyli dla mnie jak znalazł. pogoda świetlicowa. czas bierek, chińczyka i dupy biskupa.




syd, prężąc się na przystanku autobusowym, dumnie reprezentuje tarchomin





nie protestuje zanadto przeciwko wycieczce na powiśle, aczkolwiek wypada jej pozostać sceptyczną...





quentin szykownie wgryza się w papierówkę...





... i doznaje żenującego skwaszenia. potem jest już tylko gorzej...





w autobusie odbiera służbowy telefon, w którym Szczepan komunikuje jej,
że Jadwiga spóźniła się na samolot, gdyż skradziono jej bagaż w hotelu,
który zdemolowała poprzedniej nocy na skutek galopującej frustracji
z powodu nieotrzymania grantu z programu przyjaźni polsko-hongkońskiej.






jest duszno i sennie. tak naprawdę, to miałabym ochotę przycupnąc gdzieś pod drzewem i zasnąć. sufit spada mi na głowę.





półsenne majaki: żelbetowe sklepienia, stalowe szkielety i jarzeniowe światło schronu atomowego





tymczasem na solcu trwa w najlepsze rozgrywka pstrykacza





wciąga jak słowo honoru





takie ładne, że aż miałabym ochotę je połknąć





a do połykania mamy pyszne szprycery z białego wina i arbuza





widać od razu, że karta mi idzie jak cholera :>





a Quentin żłopie w najlepsze





a kiedy już opił się jak bąk, poszedł się poturlać wokół stołu ping-pongowego





a potem znów uzupełniał płyny. dba o siebie.





solec 44. dobra i zacna miejscówka. fajne gry planszowe. namawiam dziewczyny na twistera, ale uparcie twierdzą, że są jeszcze zbyt trzeźwe.





rozpoczynamy kolejną rozgrywkę. quentin chwycił aparat i władował się na krzesło. upraszam o docenienie artyzmu i poświęcenia.





emi utrzymuje, że niniejszym docenia.





tymczasem ewa opracowuje szczwaną strategię wykończenia przeciwników w kolejnej planszówce





zazie jak zwykle coś opiernicza - tutaj: czerwone porzeczki wydłubane ze szklanicy





naprawdę nie mogę nic poradzic na to, że opeirniczam wszystko, co mam w zasięgu wzroku. szepraszam, quentin. szepraszam, syd.





spoko luz!





quentin robi dobrą mine do złej gry. własnie został z jedną kartą.





podliczanie punktów, zajadłe spory, okrzyki zwycięstwa i widowiskowe seppuku przegranych





lampy z jednorazowych talerzyków





niniejszym podejmuję decyzję o zakupie takowych w tesko





są zjawiskowe. gdzie ja mam zszywacz?





syd tasuje karty przed kolejnym rozdaniem





gramy w żółwie ścigające się do pola sałaty. bardzo szczwana gra.





nie wiemy kto jest kim i snujemy spiskowe teorie. na zakończenie rozgrywamy jeszcze kilka partyjek gry w owoce i dzwonek.






atmosfera osiąga szczyty absurdu. stajemy się zbyt głośne. postanawiamy więc zmienić lokal.





my tu jeszcze wrócimy!





powiśle kusi parną nocą, klapą otwartego śmietnika i uchylonymi wrotami osobliwej pakamery





zazie i jej gacie rzomdzom na kfadracie.





szczyt marzeń motoryzacyjnych anno domini 1985





przejście na drugą stronę świata





to jest dziwna noc, mówię wam.





gabinet osobliwości, bestiarium, laboratorium alchemiczne, gabinet figur woskowych...





krużganki, galeryjki, schodki, kolumny, arkady - nabogato!





jeszcze quentina tam postawić i scena balkonowa jak marzenie!





zahaczamy. tłok. gwar. młodzież z ha-end-emu. odhaczamy. odpadamy.





snujemy się. quentin jedzie tramwajem spać.





a nam włącza się szwędacz. zahaczamy jeszcze to tu, to tam.





aż w końcu - zwabione afrobitami grajka krawca i grajka igora - lądujemy w kulturalnej, gdzie z garstką zbłąkanej młodzieży tańczymy do upadłego





jest zaebyście. duszno. parno. pot się leje. dżwięki pulsują pod stopami. trzecia poranna. dobra noc.











zazie.com.pl 2010-07-31 skomentuj (4) Tagi: warszawa, dobre miejscówki, stadnie jest ładnie

prażka


na prażce nie ma żartów. prażka to konkret. wchodzisz albo wychodzisz. nie ma stania pod ścianami.
prażka to nie rezerwat do oglądania. tu się żyje. w środku starego miasta. stolyca wita.
kiedy prawie 30 lat temu chodziłam z babcią kocimi łbami prażki - po gazetę dla dziadka, po parówki,
po płyn ludwik i pastę do zębów w blaszanej tubce, po dezodorant fiord i płyn do trwałej ondulacji loton 5 -
przecinałyśmy ostro ulice, nie bacząc na przejścia dla pieszych, sygnalizację świetlną i resztę zasad bhp.
gdy serce stawało mi w gradle na widok przejeżdżających samochodów, babcia zwykła mawiać:
"oleńko, ja jestem stara warszawianka! mnie tu nic nie przejedzie!" i dziarsko parła do przodu.

wychować się na prażce i targówku - to jest coś. żelazny kapitał ducha.





rankiem 23 maja tego roku podczas "rutynowej kontroli" na stadionie dziesięciolecia
uzbrojony po zęby policjant zastrzelił 36-letniego nigeryjczyka - maxwella itoyę -
uzbrojonego po zęby w konfekcję damską z bawełny i poliestru o dużej sile rażenia.
ofiara została skuta kajdankami i powalona na ziemie, a następnie postrzelona.
polska, mieszkam w polsce.





napisy na murach przestają dziwić.






wymiana mózgu. wymiana mentalności. wymiana uprzedzeń.





praga nie owija w bawełnę. praga obciąga tkaniną.






brudne, zaszczane bramy, w które wciągałam Babcię za rękę, żeby pokazać jej kolejny odkryty skarb






wszystko jest tutaj z kamienia, wilgoci i łuszczącej się farby





banda wyrostków każe mi spierdalać. pokazują mi fucki. krzyczę do nich, że jestem u siebie.






grałam tu w piłkę, zanim wy - jeden z drugim - jak grom z jasnego nieba przydarzyliście się swoim rodzicom.








zazie.com.pl 2010-07-25 skomentuj (4) Tagi: warszawa, dzieciństwo, praga, dobre miejscówki

jarmark europa czyli seks, kłamstwa i kasety wideo


jako dziecko spacerujące dużo i namiętnie, za rączkę z babcią oraz dziadkiem, miałam już sprecyzowane upodobania
estetyczno-społeczne. szczerze nienawidziłam warszawskiej starówki, nudziły mnie zacne łazienki królewskie, męczył ogród saski
i przyprawiał o mdłości lukrowany wilanów. najbardziej na świecie lubiłam spacery po zaplutym dworcu wschodnim
z gołębiami latającymi pod sklepieniem dachu, drobnymi pijaczkami kiwającymi się po zasikanych kątach,
kruczowłosymi cygankami i resztą osobliwego towarzystwa.

równie gorącym uczuciem darzyłam praski bazar różyckiego, bulgoczący błotem i pomyjami pomiędzy popękanymi płytami chodnika,
pełen tandety i zapachu kiszonej kapusty, rozbrzmiewający okrzykami starych bab: “flaaaaki, flaaaaki goooorące!”
i scenicznym szeptem cinkciarzy: “marki, dolary, funty szterlingi...”.

kochałam też parafialne odpusty ze straganami pełnymi cudów.
kto pamięta wiatrak z fioletowego celuloidu, piłkę na gumce z cynfolii wypełnionej trocinami,
blaszany pierścionek z pszczółką mają, aluminiowego jezuska w plastikowej przezroczystej “księdze-trumience”,
fosforyzująca matkę boską z odkręcaną głową na wodę święconą, myszkę miki fikającą koziołki za przyciśnięciem guzika,
gumowego diabełka wystawiającego czerwony języczek, pańską skórkę zawijaną w ostry pergamin,
obwarzanki i watę cukrową, bransoletki na gumce, blaszane pistolety na korki i kapiszony?
 
przełom ‘89 to przyczepy kempingowe z zapiekankami, łóżka polowe z kasetami depeche mode,
guma balonowa donald i kolorowe picie w foliowej torebce. warszawski wolny rynek rozkwitał wówczas
na mocno nadgryzionym zębem czasu peerelowskim stadionie dziesięciolecia imienia manifestu lipcowego.
kochałam te weekendowe wyprawy, gdy razem z rodzicami przekraczaliśmy bramy polsko-ruskiego eldorado
pełnego skarbów i cudów. matka kupowała dezodoranty bac i 4x4, podrabiane kremy christiana diora
z szaleńczo modnymi podówczas liposomami oraz chińskie szlafroki z wyszytym na plecach smokiem.
tatko uzupełniał swe majsterkowiczowskie zasoby kompletem radzieckich narzędzi chirurgicznych z kliniki ilizarowa,
grzałkami z anihilatora oraz częściami kosmodromu bajkonur. ja i mój brat jaraliśmy się pirackimi kasetami magnetofonowymi,
ktore z czasem stały się płytami cd, grami nintendo i resztą cudów techniki.

na stadionie dało się kupić wszystko - od bluzki z cekinami i butów adidasa, przez lewy alkohol i papierosy bez akcyzy,
po fałszywe dokumenty, pierwiastki promieniotwórcze i broń maszynową. królowała mafia: rosyjska, wietnamska, ukraińska,
gruzińska, chińska, azerska, kazachska, uzbecka, białoruska i polska. na nic zdawały się naloty policji, przeszukania, aresztowania,
jeżdżenie walcem po srebrnych stosach płyt cd i komisyjne palenie nielegalnych papierosów.
handel kwitł, a ludzie żyli dostatnio. co prawda jarmark europa bardziej przypominał biedne przedmieścia prowincji yunnan,
ale nie bądźmy drobiazgowi. kochałam ten stadion.
żadne złote tarasy, arkadia ani inne blue city nie umywa się do tego panoptikum, do tej wielokulturowej mekki handlu detalicznego,
do tych sklepów bławatno-cynamonowych dla ubogich, do tego cudownego emporium pana magorium...
tym bardziej mi przykro, że lada chwila to wszystko zniknie.

w minioną niedzielę wybraliśmy się więc stadnie na ostatni spacer i ostatni obiad na stadionie.




krągłe piersi, płaskie brzuchy, jędrne uda. antyżylakowe rajstopy bezuciskowe. majty po pachy.
biustonosze w rozmiarze 95 G, pantalony z krempliny dla Janiny i kalesony z dzianiny dla jej chłopiny.





stadionowy catering: gotowanie jajek na parze, herbata bulgocząca w samowarze, dewolaje i w cieście mintaje.






zioło najlepsze w okolicy, po ktore zjeżdżają ziomy z całej stolicy.






hodowla psów rasowych na tekturze z 25-letnim doświadczeniem i legitymacją związku kynologicznego.






magiczno-ekstraordynaryjny wóz parnassusa i rozbryzg ektoplazmy fantastycznej na chodniku






tymczasem po zatłoczonych alejkach stadionu biegają z obłędem w oczach i wyborczą w dłoniach
młodzi adepci stołecznego "bywalstwa" i pytają o drogę WIECIE GDZIE.
no wiemy. pokazujemy, że przy gaciach trzeba skręcić w prawo i dalej prosto.






aż do wietnamskich barów, o których nagle przypomniały sobie media. rychło w czas.







ostatni weekend azjatyckich specjałów. za rok lub dwa pod koroną stadionu narodowego stanie tutaj mc donald. smacznego.






teraz mamy mnóstwo rodzajów naturalnego ryżu, zielonej herbaty, świeżych ziół i owoców, orientalnych przypraw i marynat.






za chwilę stanie tu pewnie dystrybutor z lanym piwem, buda z hod dogami oraz stoisko z szalikami i wuwuzelami






zamiast prawdziwego woka kupimy sobie czipsy






zamiast zieleniny i orientalnych przypraw - walniemy rozwodnionego browca z plastikowego kubka






zamiast sympatycznego wietnamczyka zachwalającego lampiony stanie tutaj mieciu z arusiem
rozprowadzający na lewo bilety albo wóz satelitarny eremefu z mydłkowatym reporterkiem sportowym






zamiast lepów na muchy i słodkiego zapachu liczi - zaszczane toi toie i trybuny z fruwającymi krzesłami






mieliśmy china-town. teraz będziemy mieli stadion, na którym nasi chłopcy przegrają sześć razy z rzędu z azerbejdżanem i reprezentacją seszeli.






zamiast - pardon - wyjebanego stadionu polskiej piłce nożnej przydałaby się raczej świetna kadra szkoleniowców i programy dla 6-latków






tymczasem wróćmy do specjałów kuchni wietnamskiej :> szczerze polecam - w każdy piątek świeża dostawa: soczyste, z chrupiącą skórką, poezja!






paweł lubi prażone i z boczkiem.






ewa lubi w sosie i z makaronem.






marta bez sosu, ale na pikantnie.






quentin lubi leciutko przysmażone - tak żeby jeszcze pełzały na języku, leciutko łaskocząc w podniebienie.






zazie nie może się doczekać i oczami wyobraźni ćwiartuje już soczyste odwłoki i czułki






nareszcie są! wielkie, dorodne i tłuste!






chodźcie do mnie, robaczki kochane!






walka o chrupkie chitynowe pancerzyki.






kompot z głowonogów i stułbi.






na jeden osobo-kompot przypada jedna kompoto-stułbia.







mmmmmm... słodka stułbio...






przywitaj się z państwem!






a na deser:   somnambuliczna ektoplazma, maź fantasmagoryczna i fluorescencyjny liszaj






a do tego:   krwiożercze nasiona rosiczki i sok z żuka






wszytsko tu pływa, bulgocze i dymi...






pulsuje i popiskuje ostatkiem sił...






jadowity derywat chlorofilu, szaleńczy szafran i modyfikowana genetycznie pikseloza







a tu szatańskie wymoczki ze smolistej tapioczki







yummy! yummy! there's a party in my tummy!






oto słowiańskie dusze pod wpływem azjatyckiego szaleństwa kulinarnego.






w ten weekend jakoś tłoczno...






nagle wszyscy jedzą tutaj obiad.






tłok jak w smażalni w łebie!






fotoreporterzy, dziennikarze, radio i telewizja. dzień dobry, wita państwa tomasz lis znad talerza zupy pho.






- smakuje państwu? a proszę tak bardziej do kamery! i z uśmiechem!







ostatni dyżur gastronomiczny Lo Ka Ping.






- tak, już jesteśmy. siedzimy pomiędzy stanowiskiem tok-efem a nadajnikami mtv...






- a teraz niech pani chwyci tego robaka pałeczkami... o tak... i do ust! ammm... pięknie!






autochtoni tego regionu są chyba nieco zdezorientowani tym całym sajgonem :>






na szczęście mali jedzą w najlepsze :)






smacznego wszystkim! było naprawdę fajnie.






- musze juz zabrać te naczynia... zaraz przyjeżdżają buldożery, chciałabym jeszcze pozmywać...






- tu nic już nie ma! idźcie do domu!



-----------------------------------------------------------------------


jestem zła. jest mi źle. będę tęsknić. potrzebuję bazaru, targowiska, kolorowego jarmarku. na pożegnanie ze stadionem
kupuję złotą torebkę. będzie mi brakowało skarpetek za 3 złote, plastikowych spinek, złotych bucików i srebrnych bluzek z kosmosu,
których i tak nigdy bym nie założyła. uwielbiam cekiny, pióra i świecidełka,
kuriozalne durnostojki i osobliwe obiekty o nieznanym, acz frapującym, przeznaczeniu.
kocham tandetę, grubą przesadę i almodovarowskie rozbuchanie.

podejrzewam, że gdybym urodziła się chłopcem, nie potrafiłabym oprzeć się pokusie i zostałabym draq queen.
szczęśliwie jako kobieta mogę pozwolić sobie na luksus praktycznego minimalizmu
ze świadomością, że wystarczy jeden gest,
a cały ten wulkan tiuli, koronek i pazłotka
wystrzeli mi niczym fontanna z natapirowanej koafiury.







zazie.com.pl 2010-07-25 skomentuj (8) Tagi: warszawa, dobre miejscówki, stadnie jest ładnie, wspomnień czar

musztarda po obiedzie gorsza niż nieświeże śledzie.

życie wwarszawie daje niektórym z nas złudne poczucie bycia w centrum wydarzeń. co prawda - jakie centrum, takie wydarzenia.
więc pokornie zadowalamy się tym czyinnym festiwalem kultury oralnej i rękodzieła pierwotnego, paradą bractw kurkowych,
wystawą gołych członków i cycków w muzeum narodowym, robotniczymi zamieszkami pod sejmem, policyjną obławą na jakiś squat,
korkującym miasto protestem taksówkarzy przeciwko taksometrom i kontr-protestem rowerzystów przeciwko taksówkarzom,
wiecem w obronie zamykanej knajpy czy wyburzanego peerelowskiego supermarketu, przeglądem kina senegalskiego,
tygodniem solidarności z osobami dotkniętymi zezem rozbieżnym, globalną promocją nowego ajpoda dla leworęcznych,
uroczystym otwarciem kultowego-z-definicji-i-a-priori klubu dla młodej warszawskiej lanserki czy świętowaniem nowego menu
w knajpie, do której chodzą panie i panowie z pudelka.
no po prostu epicentrum życia. wszędzie można iść, wszystko zobaczyć, posmakować, usłyszeć i poczuć,
albo chociaż zajrzeć przez płot czy dziurkę od klucza. nie trzeba się spieszyć. wszystko jest na wyciągniecie ręki i nogi.

może dlatego większość warszawiaków siedzi w domach. z pracy na chatę, z chaty do pracy, sprzed kompa do laptopa,
z kapci w garnitur, z żakietu w piżamę, z papilotów w szpilki, z pracy łukiem przez supermarket i do domu.
spać. przetrwać. do jutra. do widzenia. nie wiem, nie mam czasu. zarobiony jestem. może w weekend. z tygodnia na tydzień.
z miesiąca na miesiąc. może latem, jak będzie cieplej, to wtedy chętnie. z lata robi się jesień. zimno, pada,depresja.
potem zima zaskakuje drogowców. i wiosenne osłabienie. nigdy nie jest dość ciepło. nigdy niejest dość dobrze. nigdy nie ma czasu.
a potem nagle okazuje się, że masz już wąsy i trójkę dzieci z kolką lub szkorbutem. kredyt na resztę życia. nóż na gardle.
supermarket hit zdążył zmienić nazwę na tesco, a w miejscu leader price’a stoi lidl. czujesz, że twój czas mija.
knajpę, do której chciałeś iść z miśkiem, zamknęli 3 lata temu.

postanawiasz coś zmienić. wyjść do ludzi, nie wiem, ogolić się. przytulić żonę. wyrzucić śmieci.
twoje życie rusza z kopyta. jesteś na fali. idziesz na kebaba. pijesz tekilę. rzygasz pod modnym klubem.
boli cię głowa. nie masz siły napisać sprawozdania. dostajesz zjebę od szefa. wracasz do domu.

oh, whatever. chciałam tylko powiedzieć, że niektórzy powinni nieco szybciej wstawać od komputerów i częściej wychodzić z domów.
bo selawi i pantha rei - latanie potem w popłochu z weekendowym wydaniem wyborczej
o ‘hucznym pożegnaniu wietnamskiego zagłębia kulinarnego’
i rozpaczliwe pragnienie nadrobienia zaległości w stołecznym “bywaniu” oraz gorączkowe pytania: “gdzie? którędy? po ile?” -
budzi wemnie smutne skojarzenia z owczym pędem, by pośpiesznie “zaliczyć” jakieś miejsce, wydarzenie czy film.
tak jak każdy obowiązkowo musiał zaliczyć ‘titanica’, ‘matrixa’ czy ‘avatara’ oraz przeczytać kretyńskiego dana browna -
niezależnie od swych osobniczych upodobań.

o co mi chodzi? może o to, że nienawidzę słowa “kultowy”.
i drażni mnie, kiedy zwykłe, fajne i uczęszczane miejsce dostaje w pysk etykietką “kultowe”. zwłaszcza w mediach.
i ludzie, którzy na co dzień nawet nie pomyśleliby oodwiedzeniu go,
nagle - w obliczu medialnej mody (na okoliczność np. rychłego zamknięcia dekretem urzędników)
stają się jego samozwańczymi rezydentami i piewcami miejskiej legendy.

obawiam się, że gdyby tak podliczyć zasłyszane opowieści, okazałoby się nagle,
że połowa warszawskiej populacji broniła w 2006 “kultowej” le madame.

dobrze, że nie walczyli pod grunwaldem.

 









zazie.com.pl 2010-07-24 skomentuj (4) Tagi: warszawa, dobre miejscówki, stadnie jest ładnie, o co mi chodzi, czepiam się

tolerancja to choroba przenoszona drogą umysłową. euro pride 2010.


na warszawskie parady równości chodzę od 2003 roku. maszerowaliśmy wtedy spod kolumny zygmunta,
krakowskim przedmieściem i nowym światem. energetycznie, kolorowo i radośnie.
wszechpolacy siedzieli pochowani w swoich kwaterach głównych,a głównymi ulicami miasta
sunęła cabrio-limuzyna z najpiękniejszymi drag-queens stolicy i okolicy.
zaciekawieni warszawiacy machali do nas, stojąc na chodnikach i w oknach swoich mieszkań,
wielu z nich spontanicznie przyłączało się do marszu.

jakiś czas później taki jeden, wiadomo kto, rozpętał wojnę. w warszawie, krakowie i poznaniu posypały się jajka i kamienie.
media umiejętnie podsycały atmosferę skandalu, patologii i rozpusty. koniec końców mały człowiek zakazał parady w stolicy.
w 2004 staliśmy więc na placu bankowym, pod ratuszem małego człowieka, pokazując jak bardzo nie ma racji.
tysiące ludzi nie mogło się mylić. nawet pod ostrzałem dresiarskich cegłówek.
w 2005 - mimo zakazu - przemaszerowaliśmy ulicami. było nas coraz więcej. i myli się ten, kto sądzi, że parada równości,
to rozpasana defilada dewiacji i pokazy seksu analnego na żywo.
pobożne życzenia i skryte fantazje łysych chłopców w brunatnych koszulach.

idą razem chłopcy z chłopcami, chłopcy z dziewczynami, dziewczyny z dziewczynami, dziewczyny z chłopcami,
kobiety z kobietami, kobiety z mężczyznami, mężczyżni z mężczyznami, mężczyźni z kobietami,
homo, hetero, bi, trans i queer. nigdy nie wiesz, kto jest kim. kto jest z kim. kto z kim żyje, kto z kim to robi. i jak.
kto komu. na górze czy na dole. w łóżku czy na stole. szybko czy powoli. różnie, jak kto woli.

babcie i dziadkowie, panie i panowie, profesorowie i robotnicy, artyści i panie spod piaskownicy,
twoja dentystka i jej dziewczyna. księgowa z twojej firmy i nauczycielka twojego syna.
facet, który kosi twój trawnik. twój kolega z pracy i jego mąż prawnik.
lekarka, która w '96 uratowała ci życie. twoja siostra, która w laskach kocha się skrycie.
twój szef, o którym myślisz, że posuwał każdą sekretarkę - idzie z żoną andżelą, która kiedyś była darkiem.
twoja znajoma ze studiów z partnerką i jej dzieckiem. twoje sąsiadki spod piątki i dwaj panowie z pieskiem.
twój kumpel z mężem, który od lat udaje brata. tatuowana laska, jej mama oraz tata.
dziewczyna, która zawsze chciała być facetem, jej brat z narzeczoną i chudy koleś przebrany za kobietę.
facet, który udzielał ci kredytu - idzie ze swoim chłopakiem i dwie dziewczyny ze wspólnym dzieciakiem.
położna, która odbierała cztery porody twojej żony. i tysiące innych osób, które nie wierzą w zabobony.
 




ale w mediach i tak zobaczysz tych, których widać najbardziej - nie ważne, czy niosą krzyże, pióra w tyłku czy ciskają kamieniami.






medialny jest pan zdzisław z nowym testamentem, którego święta prawda chroni przed homo-zamętem.






medialnych jest dwóch dupków wyskakujących z bramy i spierniczających w podskokach przez policjantami.






no bo jak pokazać w tefauenie męski chór, który stoi i po prostu śpiewa? bez piór, bez cekinów, bez latających fallusów? nuda, panie.






o, tych damy do głównego wydania jutrzejszej gazety. i koniecznie podpis: "czy dasz im na wychowanie swoje dziecko?"






tymczasem - ludzie jak ludzie. starzy, młodzi, grubi, chudzi. a w ramach skandalu obyczajowego - facet w slipach.






jest 50 stopni w słońcu i tęcza unosząca się ponad wodną kurtyną.






na pierwszym planie - ludzkie dziecko. żywe. jak widać "lizbijki i pedały" jeszcze go nie dopadli i nie przerobili na macę.






nie wiesz, kim one są. ale wiesz na pewno, że nie chcesz, by mieszkały obok ciebie.
ani tym bardziej uczyły twoje dziecko dodawania i odejmowania ułamków.






stop homo. koniec z dewwiacją. niech żyje zdrowa polska rodzina z ojcem alkoholikiem,
matką na psychotropach i dziadkiem, który molestuje 4-letnią wnuczkę. - ja tam panie nie wiem,
u nich zawsze wszystko było jak trza, do kościoła chodzili, księdza przyjmowali. wszystko jak trza.







radość jest nie na miejscu. kryzys gospodarczy jest. bezrobocie. i krzyż pod pałacem prezydenckim.






wrogie siły próbują zafałszować historię naszego przedmurza chrześcijaństwa, naszej polski od morza do morza, naszego chrystusa narodów.






w marszu idą również talibańscy terroryści sponsorowani przez wrogie siły






a tutaj proszę, ich ołtarze.






budda?






- błogosławię was! ruszajcie zatem ulicami miasta i zarażajcie ludzi moralną zgnilizną!






no to ruszamy!






pamela i chłopcy z naszego pueblo.






ponad tłumem unosi sie złowrogi odrażający opar tolerancji, akceptacji i afirmacji związków międzyludzkich. tfu, ohyda!






przedstawiciele obcych sił chcą zawładnąć czystymi polskimi duszyczkami - geje ze szwajcarii...






rozdają nam czekoladki zainfekowane pierwiastkiem tolerancji






ludzie moralnie nieczyści chorują na przewlekłe zniebieszczenie uwłosienia






oraz uogólniony rumień i bladaczkę cechującą patologicznych onanistów






a tutaj matkaboska-ręcznikowa zbiera datki na święconą wodę do polewania rozgrzanego tłumu






niektórzy muszą w popłochu zamaskować swoje diabelskie poroże gazetą






i dalejże niecnie udawać, że niby chrześcijanin tańczy






chrześcijanin tańczy tańczy tańczy tańczy, noga, noga tańczy jego noga...






za grosz wstydu!!!






jest 13.00. czy ci ludzie nie powinni być teraz w kościele? warszawo, opamiętaj się!!!






kolory tęczy gryzą w oczy. prawdziwy polak uznaje tylko czerwień i biel. a przede wszstkim szarość. jest szaro = jest bezpiecznie.






- ja, panie, jestem tolerancyjny. skoro już muszą żyć, to niech siedzą w tomu po kryjomu. a nie, panie, wyłażą na ulicę i machają członkami, panie...






- to są, panie, komuchy! tyle powiem! to są wrogie siły, które naród polski do zguby chcą doprowadzić!






święte słowa. do zguby. ale jakiej malowniczej!






nie dajcie się zwieść ich uśmiechom. unia europejska to zło. tolerancja to patologia. a ekologia śmierdzi.






- a ja się pytam, czy on jest prawdziwym polakiem? czy jego ojciec spał na styropianie, a matkę internowano?






- czy płakałeś po papieżu, synu? czy jesteś za usunięciem krzyża sprzed pałacu prezydenckiego?






tymczasem niektórzy w najlepsze fotografują się pod żywym pomnikiem marii konopnickiej.






zamknijcie oczy. ci chłopcy sie przytulają!






- czy pani wie, że parytety spustoszą duszę kobiety?






- czy pani wie, że kobiety są od tego, aby wodzić na pokuszenie i namawiać do złego?






gejostwo powoduje u chłopców rozpad czerwonych krwinek, a lesbijstwo sklerozę i zapalenie prostaty u dziewczynek.






- dzien dobry, jesteśmy z Parafialnej Komisji Genitalnej i chcemy dokładnie wiedzieć,
co pan/pani ma między nogami? czy zaraża pan/pani psychicznymi chorobami?







- brak płci jasno zdefinowanej prowadzi do osobowości rozchwianej, człowiek staje się rośliną i uczucia w nim wyższe giną...






- na nic niewinne spuszczanie oczu, gdy grzech najcięższy króluje w kroczu...






- zakazać przyjaźni dziewczętom pensjonarskim...







- ... i zamknąć je wszystkie w zakonie miesjonarskim!







ta pani nie czyta 'naszego dziennika'.






a ta nie rozmawia z pospieszalskim.






ta zamiast kropidła woli strażacką sikawkę.






ta robi mi kompres, bo z oburzenia płonę.






a ta od 50 lat ma tę samą żonę.






a fotografowałam dla was - ja.

zazie zepsuta oraz zła.









zazie.com.pl 2010-07-18 skomentuj (18) Tagi: warszawa, queer, drag queen, stadnie jest ładnie, europride 2010, homo hetero bi & transgender

familiar feeling


dzięki uporczywej powtarzalności moich heroicznych zmagań ze sobą w pewnej ważkiej acz subtelnej kwestii
mam niesłabnące poczucie własnego continuum. od zarania świadomości szarpię się z tym namiętnie i widowiskowo.
prócz tego zmienia się wszystko. mijają lata, rosnę, tyję, chudnę, ścinam włosy i zapuszczam je od nowa, zakochuję się i rozstaję,
ślepnę, głuchnę i puszczają mi nerwy, doznaję kolejnych olśnień, zmieniam numery telefonów, wypisuję hektolitry czarnego atramentu,
brnę przez nieskończone interwały snów i słów, setki zdjęć mnożę przez tysiące, wspomnienia rozdzielam grubymi kreskami.
i pośród tego chaosu trwam niezmiennie w swym (st)uporze. stoję. stoję. stoję. o, godocie.
moja matka zwykła mawiać, że kiedyś obudzę się z ręką w nocniku.
tyle że ja nie śpię, mamo.












zazie.com.pl 2010-07-08 skomentuj (3) Tagi: smutek tropików, me myself & i, muzyka w tle, things to make and do

pies czeka na człowieka




aż człowiek kichnie, poruszy papierami, wstanie od pracy po herbatę, podrapie się w ucho czy ziewnie.
to znak, że pies ma natychmiast zeskoczyć z łomotem z kanapy i z gracją małego grubego prosiaka
uderzać taranem w nogi człowieka, okładać go swoimi śmiesznymi piąstkami i namolnie drzeć japę.
- baaaaafmyyyy sieeeem!!!! baaaaafmyyy, maaamaaaaa!!! baaaaaaaaaaafffffffmyyyyyyyy noooo......
i weź tu człowieku pozostań niezłomny, kiedy parówka na czterech nóżkach wpycha ci na kolana oślinionego króliczka.










zazie.com.pl 2010-07-07 skomentuj (5) Tagi: mops, miłość! uwaga! ratunku! pomocy!, kumok, pug

instytut benjamenta


jest źle. wpadła mi w ręce muzyka rzekomo wspomagająca koncentrację i kreatywność. jeeest grubooo....
katuję się tym czymś od dobrej godziny i jedynym zauważalnym efektem jest moja maksymalna koncentracja na głębokim oddychaniu
celem powstrzymania estetycznych mdłości. mimo wszystko wytrwam. chyba że pies dostanie drugiego ataku histerii.







zazie.com.pl 2010-07-06 skomentuj (0) Tagi: smutek tropików, me myself & i, muzyka w tle

whoohoo!

wtorek, 6 lipca, 187 dzień roku, imieniny Łucji, Gerarda, Dominiki i Teresy. temperatura ok. 24 stopni, ciśnienie 10006 hPa,
słonecznie, wiatr słaby. opadów deszczu i śniegu nie planuje się. uliczne korki w normie, poziom frustracji standardowy.
minęła godzina. 9.00. witam państwa serdecznie i zapraszam na kolejny upalny dzień w wielkim mieście,
podczas którego będziemy się sennie kiwać za biurkami, walić głowami w klawiatury i jęczeć o urlop.
norma słowotwórcza na wtorek wynosi piętnaście tysięcy znaków bez spacji. kawa i herbata bez ograniczeń.
sponsorem dzisiejszej męki jest coca-cola zero, a piosenkę przewodnią 'song2' głośno wykonuje zespół blur.

"


apdejt z 16:26
meteo kłamie. na tarchominie spadł deszcz. rzeczywistośc przestała trzymać się kupy. takoż i ja. tamże.







zazie.com.pl 2010-07-06 skomentuj (2) Tagi: smutek tropików, me myself & i, muzyka w tle

płyniemy!




dzisiejszy rejs rozpoczynamy łagodnie i spacerowo. zadowolona sadowię się obok syd na rufie i doznaję błogostanu...





płyniemy z prędkością prawie 8 węzłów. siła wiatru 16 węzłów, a pod nami 70-metrowa głębina.






łódka jaka jest - każdy widzi. piękna, szybka i zwrotna.





sąsiednia załoga nie próżnuje i pracowicie smaży się w słońcu





na horyzoncie - całkiem malowniczo i dosyć monumentalnie...





no i cóż:   ja płynę, ty płyniesz, on płynie...





my płyniemy, wy płyniecie, oni płyną... nuda, panie!






za mało adrenaliny? ihaaaa!!! turlamy się z łomotem na prawą burtę!





nasz dyżurny wywrotowiec urządza żeglarskie rodeo. łódź jest wyjątkowo dzika i narowista.






jedna ręka dla jachtu, druga ręka dla aparatu.





aaaaaaaa!!!! zwrot przez dziób! dwieee ręęęceeee dlaaa jaaachtuuuu!!!!






po zwrocie przez dziób i pionowym lądowaniu na jednej z burt - mesa wygląda tak.
jednak po tygodniu żeglowania nie robi to na załodze większego wrażenia. gdy wokół wszystko fruwa, wystarczy mocno się trzymać.





albo olać sprawę i iść spać...





pirat pod obcą banderą ;)





jest pięknie, tylko rzuca mną po pokładzie jak szmacianą lalką. pal licho przetrącony nos i stłuczony łokieć, byle tylko obiektyw nie został kontuzjowany ;P





ihaaa!!! zwrot przez sztag. i pandemonium w mesie ;)






jeśli szukacie na tym zdjęciu pionów i poziomów, to powiem tak: właściwy pion i poziom trzyma... ruchoma kuchenka.






jedyna w miarę stabilna pozycja "rozporowa", która utrzymuje mnie w miejscu bez konieczności używania rąk.
aktualnie siłą wyjęto z nich aparat i nie wiem, co z nimi teraz zrobić...





łódka w poziomie, syd w pionie, a ja pokręcona.





nasz dzielny skipper postanawia zaprowadzić w końcu prządek.





i znów jest malowniczo :)






i spokojnie





przybijamy do brzegu. piony i poziomy wracają na swoje miejsca. świat odzyskuje pełną harmonię ;)



ciąg dalszy nastąpi, a jakże  ;)







zazie.com.pl 2010-07-02 skomentuj (2) Tagi: chorwacja, żagle, podróże małe i duże

Międzynarodowy Dzień Psa


nigdy wcześniej nie miałam psa. i o dziwo nigdy za nim nie tęskniłam.
jako dziecko nie męczyłam rodziców o wymarzonego azorka czy dżekusia.
było mi to obojętne. miałam chyba inne sprawy na głowie. oraz alergię na sierść.
poza tym w moim ego-świecie nie było już wolnych miejsc. do czasu.

w czerwcu 2006 roku pstryknęłam na Nowym Świecie fotkę Quentinowi



który właśnie mijał na chodniku grubego psa...





na blogu napisałam wtedy:  "gruby pies popierdala po trotuarze świńskim truchtem [nie moge przestać się śmiać i pokazuję palcem]"
i pomyslałam, że to najdziwniejszy, najśmieszniejszy i najbardziej rozczulający pies świata. i że jeśli pies, to tylko taki. absurdalny. z kosmosu.

jednak galopująca astma, alergia i suchoty szybko pozbawiły mnie złudzeń w kwestii ewentualnego posiadania czegokolwiek porośniętego futrem.
mops pozostał w sferze moich abstrakcyjnych ulubień - obok cyfr 3 i 5, kalejdoskopów, imion na zet, gładkiego białego papieru i zapachu palonych wiosną liści,
stając się poniekąd dalekim pierwowzorem kilku bohaterów moich opowiastek w odcinkach. do czasu.


w kwietniu 2009 roku przypadkiem znalazłam ten filmik:

  "

a potem trzysta następnych. wpadłam po uszy i na zabój. oczywiście czysto platonicznie, bo przecież mam astmę, alergię i bla bla bla migotanie przedsionków i krzywy zgryz.
filmik pokazałam syd. też wpadła. również platonicznie. przy okazji pokazała filmik swemu bratu. śmiałyśmy się, że kiedy obie będziemy już dorosłe i odpowiedzialne,
a ja w cudowny i magiczny sposób wyleczę się z astmy, alergii i globusa - będziemy miały mopsa o imieniu Kumok.
hell, yeah. komu jak komu, ale danielowi nie trzeba dwa razy powtarzać ;>
w tajemnicy przekopał pół internetu, obdzwonił pół polski i tydzień później zjawił sie u nas o pierwszej w nocy z piszczącym zawiniątkiem.
i stało się. tak po prostu. bez planowania. bez przygotowania. bez próby generalnej. oto twój mops. psia dziewczynka. weź ją i kochaj.
drobniutka i przeziębiona, ostatnia z miotu, pogryziona w hodowli przez dorosłego psa. ale mimo to silna, odważna, radosna i żywiołowa.


(Kumok w maju 2009)

czułam się jak młoda matka. umęczona nieco ścieraniem sików z podłogi, tropieniem kup za kanapą i dyscyplinowaniem jazgoczącego berbecia,
którego wszędzie było pełno i rościł sobie prawo do uczestniczenia w aubsolutnie wszystkich moich czynnościach życiowych. najlepiej jako centralne ogniwo.
tymczasem ja nie mogłam nawet złapac powietrza. leki, inhalatory i inne cuda. oraz wielkie oczy lekarki: "pani chyba zwariowała? w pani stanie? pies?!!"

ano pies. liniejący przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 12 miesięcy w roku. liżący mnie po rękach, twarzy, dający buziaczki prosto w usta,
wtykający nos do mojego talerza, tarzający się w moich ubraniach i pakujący się z kopytami do pościeli.
i wiecie co? po 2 miesiącach odstawiłam leki. przeszło mi. tak po prostu. bez odczulania, bez cudów, bez drogich terapii. tak zwyczajnie. z miłości.

nadal nie lubię wstawać bladym świtem. ale kiedy o 4.45 słyszysz tupot małych nóżek, posapywanie i skrzypienie drzwi sypialni -
otwierasz oczy i widzisz TO: (a widzisz słabo, bo bez okularów)



no to po prostu... kapitulujesz. serce eksploduje ci z nadmiaru endorfin.
wychodząc z nią na spacer, śmieję się sama do siebie. nie znam bardziej cudownego stworzenia.
patrzę na nią teraz - jak spi pod stołem i chrapie - i mam ochotę ją zjeść w całości.



PS.   a jesli ktoś uważa mopsy za leniwe kanapowce, to polecam obejrzenie poniższego filmiku -
tak własnie wygląda kanapowa "chwila relaksu" po wyczerpującej zabawie czy długim spacerze,
który - zgodnie z tym co piszą w podręcznikach o wychowaniu psa - powinien wyciszyć, uspokoić i zmęczyć zawodnika:

"

rozumiecie - mops nigdy nie ma czasu, bo właśnie kogoś dusi, wgniata kopytami w kanapę lub wdrapuje się na plecy.
i jak go nie kochać?



-----------------------------------------------------------



a ponieważ nie wszystko jest z cukru i lukru, przeczytajcie TO koniecznie.
proszę.










zazie.com.pl 2010-07-01 skomentuj (7) Tagi: mops, miłość! uwaga! ratunku! pomocy!, kumok, pug

wąskimi uliczkami



po wyślizganym ciepłym bruku.








zazie.com.pl 2010-07-01 skomentuj (0) 

seaside.sightseeing.sea sickness.




całkiem słoneczny poranek nie jest wcale zapowiedzią równie udanego popołudnia. wiadomo przecież, że gdy mewa na fali siędzie -
będzie padać albo nie będzie...





no i mewa siadła, a nas momentalnie zalało. kurcgalopem po śliskim pomoście zapierniczamy do łódki. 
padało też w nocy, zalewając nam koję, telefony i poduszki...





pokład spływa wodą. nie mam sztormiaka. ale za to dwie sukienki i kapelusz, do czorta!






całe szczęście lać przestało, wiatr ucichł, a na ciężkim jeszcze niebie zakwitła tęcza. zadowala mnie to.





następnego ranka - powtórka z rozrywki. czasem słońce, czasem deszcz, czasem martwa fala. wypływamy z Kasteli wraz z resztą łódek.






- Gdy mewa na fali siędzie... - jeszcze raz to usłyszę i chyba sama siędę na tej fali!





walka postu z karnawałem - padać będzie albo nie będzie... gapię się na chmury, nie mogąc zdecydować, czy iść na dziób czy schować się w mesie...





i wtem... słońce! ;)





względny klar na pokładzie i osobliwa kultura konsumpcji - colę siorbiemy łyżeczką, a popielniczkę zalewamy deszczem.





- Płyniemy! Płyniemy! Ihaaa! - Syd nie posiada się z radości.





Zazie, sadowiąc się na dziobie, dokładnie bada strukturę genui





siedemdziesiąt metrów głębokości robi wrażenie, szczególnie gdy wykonuje się jakieś kretyńskie akrobacje. Zazie postanawia jednak zleźć z dzioba.





i rozkłada się wygodnie na pokładzie. na na na na nananana na na na na...





słońce grzeje w nos, morze szumi, błękit zachwyca, żadnych dedlajnów, telefon wyłączony, internetu brak. odpoczywaj zatem, zarazo Zazo!






zaczyna bujać. najfajniej rzecz jasna buja na dziobie. trzeba się tam udać celem pobujania. ihaaaa!






oooops!!! buja coraz bardziej, łódka na falach staje dęba jak narowisty koń na wielkiej pardubickiej. turlam się po pokładzie w te i wewte, 
w popłochu chwytając się linek. wyłączam aparat i zaklinam, żeby nie wpaść z nim do wody. z mesy, w której dziewczyny 
właśnie gotowały obiad, dobiega dźwięk tłukących się talerzy i latających garnków. w pięć minut połowa załogi 
ma pełnoobjawową chorobę morską. schodzę pod pokład. masakra. wszystko lata, obijam się o ściany jak pijana,
łódka pędzi po sinusoidzie niczym rollercoaster, przed oczami mam kalejdoskop pionów i poziomów, 
które wciąż zamieniają się miejscami. mój błędnik kapituluje.
ścina mnie z nóg w sekundę. ostatkiem sił wypełzam na pokład. zwijam się w embrion i leżę, trzymając się linki. 
nie próbuję nawet otwierać oczu. raz po raz zalewa mnie deszcz słonej wody. próbuję trzymać fason 
i niemrawo uśmiecham się do sternika, który powozi łajbą jak rydwanem.

o boże. boże. boże. niech to się już skończy. jeszcze chwila i...
... jak dziki zwierz rzucam się nagle do prawej burty, przewieszam głowę przez stalowe linki i puszczam widowiskowego pawia,
który momentalnie ulatuje z wiatrem w przestworza. i jeszcze raz. i jeszcze. otwieram oczy i widzę pędzącą pod burtą wodę.
chciałabym zanurzyć w niej twarz. zapewne oberwałoby mi głowę. trzymam się linki. oddycham. jest znacznie lepiej. 
paw królowej rządzi. kładę się na burcie i trwam cierpliwie w szlachetnym stuporze. 

tymczasem - wrzask! zgiełk! człowiek za burtą! z sąsiedniej łódki wypada kolega. 
gwałtownie zawracamy. akcja ratunkowa. znów ścina mnie z nóg. teraz także z nerwów.
kurwa mać, miał być wywczas i wypoczyn, a mamy tu jakiś survival... - zawirowało mi w głowie. 
po pokładzie biegają ludzie. nie dotrę do prawej burty.
obejmuję więc czule granatowe wiadro i dokańczam dzieło zniszczenia. 
jest mi wszystko jedno. i tak zginiemy. pamelo, żegnaj. żegnajcie chłopcy z naszego pueblo.
ktoś chodzi mi po głowie. ktoś po nodze. dostaję liną po plecach. nic nie widzę. 
jestem cała w wiadrze. wiatr dudni o wiadro. dudni mi w głowie. w wiadrze.
jezus. kurwa. mamo. umieram. po chwili znów lepiej. ulga. facet z powrotem na pokładzie sąsiedniego jachtu. 
koniec pandemonium, kurtyna. bisów nie będzie. opadam bez sił na pokład. 
leżę, modląc się o kawałek stałego lądu. nie wiem, ile tak płynęliśmy. straciłam poczucie czasu.
siedzę wsobnie skulona. w jednej pozycji. w bezruchu. nie wiem, kiedy morze się uspokoiło.
po prostu otwieram oczy. biorę głęboki oddech. i aparat.





jak gdyby nigdy nic. sąsiedni jacht sunie malowniczo i spokojnie. biała łódeczka na błękitnej tafli morza. i kto mi teraz uwierzy? ;)





czy tu były jakies fale? wcale a wcale!





na horyzoncie wyspa Vis.





Vis jest najbardziej wysuniętą w morze z chorwackich wysp. z racji startegicznego położenia został swego czasu przekształcony
w jugosłowiańską bazę wosjkową i do 1989 roku obcokrajowcy nie mieli tutaj wstępu. 






podobno pierwsze sadzonki winorośli w Dalmacji zasadzili starożytni Grecy właśnie na Visie. tyle ciekawostek. 
dajcie mi trap, bo muszę już iść.





Vis nocą. trochę nieostre, bo z ręki.






ananasy z kałuży.






zielone mizerykordie.






- To może mały spacer? ;> - szarmancko zapytała porzygana królewna Zazie z czerwonym nosem.






podwodne miasto






nocne tunele






stuk-stuk o bruk.







a wino i tak najlepiej smakuje na łódce ;)




ciąg dalszy TUTAJ







zazie.com.pl 2010-06-30 skomentuj (5) Tagi: chorwacja, żagle, podróże małe i duże

ni stąd, ni zowąd i nagle - jedziemy sobie na żagle!




- Czy ja wyglądam jak żagle? - Niby nie, ale z przyjemnością dajemy wystawić się rufą do wiatru i dziobem do słońca.





zamiast poetyckich opisów - kilka konktertów:   marina Kastela, wybrzeże Środkowej Dalmacji, między Splitem a Trogirem





jacht Salona 37:   długość: 11.29 m, szerokość: 3.60 m, zanurzenie: 2.28 m, wysokość masztu nad linią wodną: 16.50 m






genua i grot. powierzchnia żagli: 81,2 m2






oraz dumnie brzmiące imię jachtu. a raczej nazwisko. tyle tytułem wstępu.

----------------------------

dzień pierwszy:




dobra, starczy tego. płyńmy już nooo!!!





wieje, wieje, ale nie w tę stronę, co trzeba. stoimy. czekamy.





kiedy mewa na fali siędzie, będzie padać albo nie będzie...






brzydko nie jest. rzekłabym nawet, że wręcz malowniczo.





malowniczo i kolorowo :>





uwaga, będzie wiersz!






albo lans na pomoście z żeglarskim i tymczasowym substytutem Kumoka





albo spacer do XVI-wiecznego Kastelu Gomilica






wszystko pięknie, tylko czemu woda w Adriatyku jest tak zimna jak w Bałtyku?





zamiast kąpieli pozostaje więc lans na plaży





oraz na starej krypie





czerpanie z dna morskiego kamieni





srogich jeżowców





oraz inszych sałat słonowodnych





tudzież tropienie skorupiaka





tymczasem łódki stoją jak stały. nic nie zapowiada rychłej zmiany.





jugo z południa gra na setkach want w porcie. filharmonia w zatoce.





eine kleine nachtmusik. zasypiamy na łódce kołysane falami i dźwiękami powietrznych wibrafonów.



ciąg dalszy TUTAJ









zazie.com.pl 2010-06-29 skomentuj (9) Tagi: chorwacja, żagle, podróże małe i duże

wygląda na to, że wróciłyśmy.


po dziesięciu dniach bujania się na falach Adriatyku i dwudziestu czterech godzinach kołyszącej podróży lądem -
doświadczyłyśmy twardego i bolesnego lądowanie na stołecznym betonie. stoimy bezradnie, rozglądając się wszem i wobec.
pod stopami nadal mamy rozhuśtany pokład jachtu, a w uszach szum jugo i rozwibrowany dźwięk want.
po warszawskim bruku stąpamy raczej niepewnie - trzymając się budynków, słupów i mas powietrza w imię świętej zasady -
"jedna ręka dla jachtu, druga dla siebie". przebywanie w zamkniętych pomieszczeniach napełnia nas jeszcze klaustrofobiczną rozpaczą,
a oczy przyzwyczajone do wielkiego błękitu uparcie uciekają od ekranu komputera. siadamy więc na ławce przed blokiem i gapimy się w niebo.






zazie.com.pl 2010-06-28 skomentuj (6) 

niniejszym:

jesteśmy na wczasach.STOP.nie w mazurskich lasach.STOP.lecz na środku morza.STOP.ciepłego.STOP.czy ja umiem pływać?STOP.
czy ja wyglądam jak żagle?STOP.to moje pierwsze prawdziwe wakacje od wielu lat.STOP.jest mi z tym dziwnie.STOP.
kiedy byłam mała, chciałam być żeglarzem.STOP.i pływać na 'darze młodzieży'.STOP.matka nie pozwolili.STOP.
nie wiem, czy jeszcze pamiętam jak się odpoczywa.STOP.i ma się wszystko gdzieś.STOP.mimo wszystko spróbuję.STOP.
kumok, bądź grzeczna.STOP.mama kocha.STOP.wróci niebawem.STOP.wy też bądźcie grzeczni.STOP.bo nie mam internetu.STOP.
cześć.STOP.





PS. nie wiem, czy ktoś będzie tu zaglądał podczas mojej nieobecności, ale gdyby wam się szczególnie nudziło,
to zawsze możecie wpisywać w komentarzach poniżej swoje złote myśli, życiowe prawdy objawione, listę zakupów na weekend,
życzenia imieninowe na 11 lipca, wyniki wyborów prezydenckich, bramki strzelone podczas mundialu, tytuły hitów lata z radiem,
wyrazy tęsknoty, opisy przyrody, raporty pogodowe, dobre rady, życzliwe i uprzejme donosy albo co wam tylko na myśl przyjdzie.
chętnie poczytam, jak wrócę.

luv ya all! :*








zazie.com.pl 2010-06-17 skomentuj (16) 

vivat tel-aviv!


co jak co, ale z lansem u nas na bakier. wszyscy już byli, widzieli, słyszeli, jedli - a my zazwyczaj nie wiemy, gdzie dzwonią.
ostatnio kiedy kolejna osoba powiedziała mi, że była na przepysznym humusie w Telawiwie, i spotkała tam Józia, Miecia i Jadwigę,
odrzekłam lekko zdziwiona: - A co wy tak latacie do tego Telawiwu, przecież sezon polski już się chyba dawno skończył...?
och well, zdarza się. nie śledzę nowinek. nie bywam na otwarciach. w wypomadowanym tłumie młodzieży staję się aspołeczna i źle życzę bliźnim.
docieram, o ile w ogóle, gdy wszyscy zjedli już deser albo dążyli się zatruć ;)



zatrucie w Tel-Avivie zdecydowanie nam nie grozi. wszystko świeże, smaczne, zdrowe i koszerne.





a w weekend coś dla nas - opcja dla tymczasowo upośledzonych ekonomicznie: płacisz 20 pln i jesz, ile zmieścisz ;)





Quentin oblicza w pamięci swoją masę atomową i mnoży ją przez ilość łyżek humusu, mango chutney i pasty z zielonego groszku,
po czym dzieli przez rozmiar swojej nowej sukienki z lajkry i cekinów. Zazie wpiernicza pitę, a Kumok zdruzgotany odmową otrzymania
należnej sobie porcji, próbuje wyskoczyć przez okno. tymczasem Syd fotografuje całe zajście.





smakuje tak, jak wygląda. naprawdę. polecam. idźcie, jedzcie i bądźcie szczęśliwi.






I humus.  nie za kwaśny, nie za gorzki, nie za mdły. lecz w sam raz.





Zazie zmiata z talerzy swoich i cudzych. Kumok obrażona, po próbie ucieczki i rozgnieceniu pupką truskawki na podłodze, nie chce z nami gadać.






lato na kwaśno i słodko - lemoniada z miętą i arbuzada z cytryną.












zazie.com.pl 2010-06-14 skomentuj (23) Tagi: warszawa, jedzenie, dobre miejscówki

czerwcowy wypas mini-świnek ;)




niedziela w samo południe. tupot kilkudziesięciu grubawych szkitek na świeżej zielonej trawie. chrumkanie. postękiwania. szaleństwo merdających ogonków.





wspaniała okazja, by zaprezentować szlachetny stęp rodem z Wielkiej Pardubickiej - raz, dwa, trzy, prawa! cztery, pięć, sześć, bęc!





popisać się koloraturowym mopsim sopranem, który kruszy najtwardsze mury





poocierać się w tłumie sobie podobnych stworzeń bez narażania się na osiedlowe komentarze w stylu: "patrzcie, świnia idzie! oboże, ale go pani utuczyła!".
i tutaj powiem to pierwszy i ostatni raz: mopsy TAK WYGLĄDAJĄ. miłośnikom cienkich zawodników z cała sympatią polecamy charciki i ratlerki ;)





udając się cichaczem na stronę, można wytarzać się w cudowym aromacie i osobliwej konsystencji 'czegos' spoczywającego na sciółce





można też zawrzeć nowe znajomości:  - Cześć Kumok, masz chrupki?





i pogłębić stare przyjaźnie: - Dasz buziaczka?





wymienić grzecznościowe uwagi:   - Uuuu, schudłeś... To współczuję...





poklepać się przyjacielsko po ramieniu - Yo zioom, kopsnij gryzaczka!





dać się popieścić całym zastępom cioć, babć i wujków:  - Po brzuszku, po brzuszku mi róóóób...





albo schować się bezpiecznie za mamą i cierpliwie czekać na popołudniowe chrupki





- ja się dziś nie bawię, bo... bo... bo mam ważne sprawy na glowie!





- tak! ja tez mam ważne sprawy i muszę coś przemyśleć! więc sorry, chłopaki!





- A mi jest gorąco... Zieeef...





- I jak tu byc małym diabełkiem wśród stada tłuściutkich prosiaczków?





- Chrum chrum... Ty to chyba jesteś z jakiejs innej planety?





- Nie płacz, diabełek... Jesteś nasz!





- Chcę siusiu! Uwaga, zaraż zacznę krążyć!!!






- A mógłbyś załatwić jakiegoś chrupka?





- No baaaafmyyy sieeeeem, ejj....





- O tak, i półobrót... Dziam dziam...





- Przeeeesuuuń sieeeem!!! Boo ja tuuu iiideeeę!





- To nie ja, to oni! Ja tylko raz kopnąłem!






- O nie! Ciocia tu idzie! Uciekaaaać!





- Puszczaaaj, nie mam czasu! Spiiieeeszeee siiieeeę!





- O nie... Ten mały znowu sika...





- Aaaaalaaaarm!! Aaaalaaaarm!!!






- Nie siusiaj więcej do plecaka, dobrze? ;)





- Jakos mi tak dziwnie... O nie, chyba jestem... GŁOOODNYYYY!!!





- A cukierka masz? Ciasteczko? Gryzaczek?






- Oj baaardzoo głoooodnyyy... bardzooo głooodnyyy... dobraaa paniii, daaaaj chsuuuu...





- Ja pani co prawda nie znam, ale bardzo kocham! Buziaczki!!! Daj pani chrupka!





- Plose pani... plose pani... A ciastuszko będzie? Biedny chieees, głoooodnyy....





- Wyjmuj je szybciej!!! Zaraz oszaleję!





- Pan da chrupka??!!! Daj pan chrupka!





- Miii teeeeż!!! Miii teeeeż!!!





- Maaaamoo nooo daaaaaj!





- Szyyybkoo nooo! Więcej!!!





- Ja tes poploooseee...





wtem! jakieś poruszenie... coś dziwinego... alarm! na polanie pojawił sie obcy!!!





- Cześć, my jesteśmy z komitetu powitalnego! Masz chrupki? W co się bawimy?





- Dziwny jakiś... Weź go obczaj, bo ja nie dosięgam!







- Etam, jak nie chce z nami baunsować, to nie!  I tak jestem najfajniejszym ziomem!





- Co ty powiedziałeś?! Kto?! Że niby ty?!





- Odszczekaj to, psie jeden!





- Oj dobra tam... Spoko luz...





- Chłoooopaaakiiii!! Baaaafmyyy sieeeem!





- Kuuumooook, zaaaczeeekaaaj!





- Umpa! umpa! umpa! Hopsasa! i w kółeczku! i wężykiem!





- Jaaa teeeeż! Poooczeeekaaajcieee naaa mnieee!





- Kto pierfszy do patyka, ten miszcz!





- Jaa druuugii! Teeesz miiiiszcz!!!






bo z mopsami jest fajnie!







zazie.com.pl 2010-06-14 skomentuj (15) Tagi: plener, mops, kumok, pug

gorąco




mops chłodzi brzuszek





i dobiera się do zimnego mleka








zazie.com.pl 2010-06-12 skomentuj (2) Tagi: mops, w domu i w zagrodzie, kumok, all four seasons, pug

muzyka przeciwko ukąszeniom


kolejnym etapem mojego opatentowanego przez lata i niezawodnego kiełznania fazy neurotycznej jest tradycyjnie - tarantella.
nie potrafię wytłumaczyć, czemu słuchanie tej właśnie muzyki wpływa na mnie tak kojąco i ożywczo zarazem.
od pierwszych dźwięków kręgosłup prostuje mi się jak struna, puszczają zaciśnięte pięści, rozpościerają się ręce.
sceptyczna z natury, nieskłonna do przyjmowania czegokolwiek - z religią na czele - na tak zwaną wiarę,
w tej jednej kwestii zaczynam się łamać.
 
Jak podają źródła historyczne, w prowincji Apulia co najmniej od późnego średniowiecza
znany był taniec o dźwięcznym imieniu tarantella. Niejasne jest pochodzenie samej nazwy.
Wywodzi się ją już to od miasta Taranto, stolicy prowincji, już to od tarantuli,
jednego z występujących tam jadowitych pająków.  Czym tedy była tarantella u swych źródeł?
Czym był ów taniec przepełniony nierzadko erotyzmem i frenetyczną zmysłowością?
Tarantella bezpośrednio i nierozerwalnie związana jest z niezwykłym fenomenem kulturowo-religijnym włoskiego Południa,
znanym jako tarantyzm. Najwięcej informacji o historycznej formie tarantyzmu zawiera „Magnes, sive de arte magnetica”,
XVII-wieczny traktat medyczno-filozoficzny niemieckiego jezuity Athanasiusa Kirchera.
Zauważył on zadziwiającą zbieżność pomiędzy rodzajem ukąszenia a muzycznymi środkami aplikowanymi choremu.
I tak, osoba ukąszona przez tarantulę o melancholijnej naturze stawała się nieruchawa i śpiąca,
z kolei pokąsany przez tarantulę o cholerycznym usposobieniu stawał się pobudzony i skory do wybuchowych zachowań.
W zależności też od rodzaju ukąszenia, chory reagował entuzjastycznie na pewne kolory.
Wyleczenie ukąszonej osoby, zwanej tarantatta, wymagało – oprócz utrafienia w odpowiednią barwę –
odnalezienia właściwej melodii, która mogła stać się skutecznym lekarstwem na chorobę.
Melancholików zatem leczono głośnym dźwiękiem trąbek i różnego rodzaju bębnów,
cholerykom natomiast aplikowano kojące melodie wykonywane przez skrzypce, cytry, gitary i lutnie.
Przy pomocy tańca, jak powszechnie wierzono, można było usunąć z organizmu, czyli po prostu: wypocić śmiercionośny jad.
D.Czaja [Tygodnik Powszechny 12 (2802), 23.03.2003]



tak więc na trawiącą mnie od środka truciznę działa chłodna surowica z bieli i błękitu:






oraz łagodne dźwięki nieśmiertelnej i ukochanej Tarantelli Del Gargano.
zawsze sądziłam, że najpiękniej na świecie spiewa ją Marco Beasley z włoskiej L'Arpeggiaty

"



dziś jednak - zupełnie przypadkiem - trafiłam na wykonanie Pino De Vittorio z Cappella della Pietà de' Turchini:

"



i teraz już sama nie wiem...


a Wam - które?






zazie.com.pl 2010-06-11 skomentuj (12) Tagi: smutek tropików, me myself & i, muzyka w tle

wdech - wydech. spójrzmy prawdzie w oczy.


zacznę po prostu tak: od wielu lat mam kosę ze słońcem. nie wiedzieć czemu. jako ciemnowłose dziecko ekspresowo nabierałam barw hebanu,
spędzając w ruchu długie godziny pod rozżarzonym niebem, nieczuła na tropikalne upały. nienawidziłam "się opalać" i leżeć plackiem.
nigdy w życiu nie byłam na solarium. nigdy nie miałam problemów ze skórą. potem coś się zmieniło. niepostrzeżenie.
pewnego lata moja idealnie biała skóra odmówiła współpracy i zamiast hebanu rozgorzała czerwienią.
potem było już tylko gorzej. wysypki, poparzenia i totalna awersja na wszelkie promieniowanie. nie znoszę upałów. umieram.
słońce wysysa ze mnie wszystkie siły. nie wiem, co jest. dziura ozonowa? galopująca fotoalergia? mentalny sprzeciw wobec globalnego ocieplenia?
po kilku minutach spędzonych na słońcu i w upale dostaję potwornie swędzącej pokrzywki. leki nie działają. nic nie działa. światło mnie zabija.
ostatnio nawet najmniejszy stres także skutkuje wysypką - rozmowa z księgowym o podatkach. spotkanie w sprawie nowego projektu. wizja operacji Kumoka.
moje ciało momentalnie pokrywa się czerwonymi kropkami, które znikają natychmiast, kiedy się uspokoję.
tyle tytułem przydługiego wstępu o wstydliwych przypadłościach neurotyczki po trzydziestce.
nie zwykłam pisać, gdzie mnie strzyka, bo generalnie jestem zdrowa jak bydlę. z tym jednym wyjątkiem. nie radzę sobie ze stresem i słońcem.

tymczasem główny wątek tej notki zasadza się na fakcie, że jestem strasznie zmęczona psychicznie. znużona i zrezygnowana. i chyba smutna.
wszystko jest ok. wszystko gra. tyle że długie zimowe miesiące wypełnione zgrzytaniem zębów i zaciskaniem pięści
na okoliczność "sztuki" w służbie zgniłego kapitalizmu, naiwnego podkładania się wiosną pod sunący ciężko walec,
cały ten czas zawiedzionej wiary w sens pracy twórczej i we własne możliwości - robią swoje.
siedzi to we mnie głęboko i nie potrafię się z tego otrząsnąć. powinnam to zrobić już dawno.
odciąc się i wyczyścić wszystkie rejestry. skreślić. zapomnieć. splunąć.
dziś rano przyszedł ostatni przelew z Sielskiej Krainy Fantazji, Literatury i Sztuki.
niniejszym zamykam ten rozdział.


i jak zwykle w takich momentach - zupełnie naturalnie rozbrzmiewa we mnie XV-wieczna canzona,
która od lat ratuje mi dupę z kolejnych katastrof, tarapatów i idiotyzmów, w które - chcąc nie chcąc - regularnie wpadam z gracją.

"

jakież to wszystko banalnie powtarzalne.


apdejt:
właśnie odkryłam, że Kumok chyba tez lubi tę pieśń.
zwłaszcza kiedy biorę ją na ręce albo turlam po kanapie,
śpiewając jej cichutko do ucha.

wiem natomiast, że nie cierpi joy division i gonjasufi -
zaczyna się denerowac i szczekać.






zazie.com.pl 2010-06-11 skomentuj (0) Tagi: smutek tropików, me myself & i, muzyka w tle, things to make and do

I love deadlines. especially the whooshing sound they make as they fly by


nocą szło mi naprawdę nieźle. zelżał skwar, a pozlepiane od gorąca oczy otworzyły się szerzej. mops chrapał. syd nie, ale też we śnie.
i teraz uwaga - o ironio! punktualnie o drugiej padł net. niby nic, zdarza się - powiecie. tyle że większość materiałów, nad którymi pracuję
mam online. szfaka! no i co. no i nurkowanie pod stołem, ruszanie kabelkami, resetowanie, przykucanie, kładzenie się na podłodze,
rzucanie kurwami, przedmiotami i pogróżkami. po wstępnym badaniu palpacyjnym stwierdziłam zgon modemu, router jeszcze dyszał.
potem oczami wyobraźni ujrzałam wielką falę powodziową, która zmyła właśnie z powierzchni ziemi serwerownię rodzimego providera,
a jeszcze później wysnułam tezę o zdalnym przechwyceniu mojego sygnału przez złe moce sąsiada na co dzień uparcie ujeżdżającego
swą kulejącą sieć domową pod nazwą "bronek szarżuje" czy jakoś tak. kiedy doszłam do hipotezy o ataku klonów i asteroidzie -
powzięłam decyzję o zakończeniu spekulacji i udaniu się na spoczynek. trochę mną jeszcze rzucało po łóżku,
gdyż się wcześniej opiwszy byłam jakiegoś enerdżajzera, bo plan był przecież ambitny. licza się intencje.
a dziś - sieć cudownie ożyła. to miłe, doceniam. chińska zupka o poranku. zimny prysznic. mocna kawa,
której puszkę bezwiednie odstawiam do szafki na miejsce wyjętego uprzednio kubka.
słodkie mleko skondensowane, które wącham, doznając pospiesznej psychomachii wewnętrznej, walki postu z karnawałem,
ekspresowej napierdalanki superego z id. odstawiam je z rosnącym uczuciem zadowolenia i rozczarowania zarazem.
zdegustowany upałem mops krąży po mieszkaniu na niezdecydowanych nóżkach, pokładając się to tu - to tam. ko-cham.
niech mi dziś idzie ta robota, błagam. proszę olga, postaraj się, bo jak nie, to tym razem śmigające dedlajny utną ci głowę.
a tego przeciez nie chcemy, o ile wiemy.







zazie.com.pl 2010-06-10 skomentuj (1) Tagi: me myself & i, trzymajcie mnie!, things to make and do

o śmierdzącej naturze wszechrzeczy


rzeczywistość rozgrzana czerwcowym słońcem nie pozostawia złudzeń -
to, co do tej pory wydawało nam się jedynie specyficznym pachnidłem,
umiłowaną, acz osobliwą, wonią istot, które darzymy uczuciem,
nieco przykurzonym zapachem przedmiotów, którymi zwykliśmy się otaczać
czy aromatem pokarmów, które codziennie dostarczają rozkoszy naszym podniebieniom -
teraz poddane wielogodzinnej ekspozycji na wysoką temperaturę i światło ultrafioletowe
ukazuje swą prawdziwą i demoniczną naturę. zaczyna śmierdzieć. cuchnąć. zalatywać.
śmierdzi papier książek szlachetnie nasyconych dotykiem, gryzmołami na marginesach i palimpsestami z kawy.
cuchnie rozgrzana ziemia w doniczce. pospiesznie schnące pranie. z komputera zalatuje blachą. śmierdzi mi ucho i kolano.
mops, co zwykł pachnieć rozczulająco kukurydzianym chrupkiem i słodką śmietanką -
teraz, nie przymierzając, wali chrupem, chwastami z podwórka i sikami.
śmierdzi powietrze gorącym asfaltem, dusi zapachem parującego deszczu. drewnem stołu i kremem do ciała.
włosami związanymi na czubku głowy. znoszonym dżinsem. zmęczeniem. snem. truskawkami i bazylią.
oblepia mnie od środka grubą warstwą różnokolorowej gutaperki o smaku słodko-gorzkim. mdli. i podnieca.

och. balkon obok z hukiem runęła w dół skrzynka wypełniona kwieciem. lato.






zazie.com.pl 2010-06-09 skomentuj (2) Tagi: miłość! uwaga! ratunku! pomocy!, ąę tarchomę, dolce vita, all four seasons

INFO
LINKI
ARCHIWUM































ABY PRZYSPIESZYĆ ŁADOWANIE STRONY GŁÓWNEJ
wcześniejsze notki przeniosłam do ARCHIWUM


statystyka